March 4, 2015

Camping trip


I have been thinking over and over again how to describe everything that happened in the last few weeks. Initially it was going to be a post about our camping trip, I was going to tell you why we went on it, show you some photos, etc., however our lives have changed since then as we suffered a major loss…so this post is going to be very personal...but let me start from the beginning.
 A couple of weekends ago we went on a camping trip with Julian's family. I am not a fan of camping but this trip had a special purpose. It was to spend as much time as possible with Julian's brother Jon (who was very sick at the time). We were camping in Ruatiti, which is about 20km from Julian's hometown Raetihi. Jon lived in Raetihi and since he was not well enough to camp, the idea was to bring Jon to the camping site every day for a couple of hours so we could spend time together. However when we went to pick Jon up on Friday, he was simply not well enough to be going anywhere and we were told by his nurse it was time to take him to hospice…Hearing this was heartbreaking. We all knew he was very sick but we were hoping to spend time with him at Ruatiti, which is a special place for Davis family. So instead of driving Jon to Ruatiti, my mother-in law, Julian and myself took Jon to Wanganui hospice. It was my first time being at hospice and let me tell you, it is a very sobering experience. Even though the place had beautiful gardens, pretty views, everyone was extra nice, you just cannot forget why people are there and it is just so incredibly SAD. After Jon was admitted and settled in his new room Julian and I (Julian's mum stayed with Jon) said goodbye and head back to Ruatiti where the rest of the family was anxiously waiting for some updates. Our weekend turned out to be completely different to what we had initially planned but it was full of unforgettable family moments and even though Jon couldn't be there with us physically he was there in our conversations and thoughts. We shared stories about him, sang songs, laughed and cried…It was a weekend that brought us closer as a family and will always hold a special place in our hearts.
I wish I could tell you there is a happy ending to this story…but there is not…Jon passed away six days after we took him to hospice and as you can imagine it was a devastating blow for all of us but especially for my mother-in law who lost her second son and for Julian and his remaining siblings who lost a second brother.
I am sorry to finish off this post on such sad note but life is not only about happy moments, travels and pretty pictures. We all have to face the bleak reality at some point and it felt right to me to share this with you.

P.S. Here are some photos from the weekend.

Od dluzszego czasu zastanawialam sie jak opisac wszystko, co wydarzylo w ostatnich tygodniach. Ciezko bylo mi zebrac mysli, a co dopiero przelac je na papier. Poczatkowo tematem tego wpisu mial byc nasz weekendowy wypad pod namioty. Mialam w planach opowiedziec Wam, co sklonilo nas do zorganizowania tego wyjazdu, pokazac troche zdjec, itp., ale od czasu wyjazdu nasze zycie bardzo sie zmienilo, bo doswiadczylismy ogromnej straty, dlatego ten wpis bedzie bardzo osobisty, ale pozwolcie, ze zaczne od poczatku. Kilka tygodni temu wraz rodzina Juliana pojechalismy pod namioty. Ja delikatnie mowiac nie zaliczam sie do fanow tego typu rozrywek, ale ten wyjazd byl szczegolny. Zostal zorganizowany po to, abysmy mogli spedzic jak najwiecej czasu z bratem Juliana, Jonem, ktory byl wtedy bardzo chory. Celem naszej wycieczki bylo miejsce o nazwie Ruatiti znajdujace sie okolo 20km od Raetihi, miasteczka w ktorym mieszkal Jon i ktore jest jednoczesnie miastem rodzinnym Juliana. Jako, ze stan zdrowia Jona nie pozwalal Mu na biwakowanie na lonie natury plan byl taki, ze codziennie ktos z rodziny przywozilby Jona na kilka godzin na kemping i w ten sposob Jon bylby czescia calego przedsiewziecia bez koniecznosci spania w namiocie, itp. Niestety kiedy w piatek rano pojechalismy z Julianem i moja tesciowa po Jona okazalo sie, ze z naszych planow nic nie wyjdzie. Zostalismy poinformowani przez pielegniarke, ze stan Jona pogorszyl sie na tyle, ze wymaga On opieki hospicjum i wlasnie tam powinnismy Go zabrac…Zdecydowanie nie bylismy przygotowani na taka wiadomosc…Zdawalismy sobie sprawe, ze stan Jona byl bardzo powazny, ale wciaz mielismy nadzieje, ze uda nam sie spedzic razem troche czasu w Ruatiti, ktore jest szczegolnym miejscem dla calej rodziny Davis. W jednej chwili wszystko sie zmienilo…zamiast wyruszac w droge powrotna do Ruatiti, wyruszylismy w droge do hospicjum w Wanganui. To byla moja pierwsza wizyta w hospicjum i wierzcie mi, to doswiadczenie, ktore na dlugo pozostanie w mojej pamieci. Mimo, ze cala posiadlosc byla otoczona pieknymi ogrodami, widoki za oknem przyjemne dla oka, lekarze i pielegniarki niezwykle mili, to nie da sie zapomniec z jakich powodow przebywaja tam pacjenci…Po tym jak Jon zostal przyjety i skierowany do swojego nowego pokoju, Julian i ja (mama zostala z Jonem) pozegnalismy sie z Nim i wyruszylismy w droge powrotna do Ruatiti, gdzie reszta rodziny z niecierpliwoscia oczekiwala wiadomosci. Nasz weekend okazal sie byc zupelnie inny, od tego, co mielismy w planach, ale byl pelen niezapomnianych chwil i mimo, ze Jon nie mogl byc tam z nami w sensie fizycznym, to byl obecny w naszych rozmowach i myslach. Opowiadalismy sobie historie, ktorych On byl glownym bohaterem, spiewalismy, smialismy sie i plakalismy…Ten weekend zdecydowanie zblizyl nas wszystkich do siebie i juz na zawsze bedzie zajmowal specjalne miejsce w naszych sercach.

Bardzo chcialabym Wam powiedziec, ze ta historia ma szczesliwe zakonczenie, ale niestety tak nie jest…Jon odszedl niespelna tydzien po tym, jak odwiezlismy Go do hospicjum. Jak zapewne jestescie sobie w stanie wyobrazic, byl to ogromny cios dla nasz wszystkich, ale szczegolnie dla mamy Juliana, ktora stracila drugiego syna, a takze dla Juliana i Jego rodzenstwa, ktorzy stracili drugiego brata.

Przepraszam, ze koncowka tego wpisu jest tak prawdziwa, ale zycie nie sklada sie tylko z przyjemnosci, podrozy i ladnych zdjec. Kazdy nas musi zmierzyc sie ze smutna rzeczywistoscia i dlatego postanowilam nie unikac tego tematu, bo dotyczy on kazdego z nas, a w ostatnim czasie dotknal mnie i mojej rodziny.

P.S. Ponizej kilka zdjec z naszego wyjazdu.













« Newer Post Older Post »

No comments?!

Leave a comment!